Jogi S.A.A. Ramaiah - Apostoł Tamilskiej Krija Jogi Siddhantham


Autor: M. Govindan


Yogi S.A.A. Ramaiah9 maja 1923 roku w rezydencji należącej do rodziny S.A. Annamalaia Chettiara młoda Thaivani Achi urodziła swojego drugiego syna, Ramaiaha, czyli „Rama wielbiącego Śiwę”. Dwa lata wcześniej S.A. Annamalai Chettiar przyleciał pierwszym prywatnym samolotem z Anglii do Indii, gdzie wylądował na znajdującym się w pobliżu rezydencji prywatnym lotnisku. Jego rodzina od kilkuset lat gromadziła fortunę pracując w bankach i parając się handlem w całej południowo-wschodniej Azji i była teraz najbogatsza w południowych Indiach. Dom, w którym mieszkali – „Ananda Vilas”(„błogie miejsce”) – był drugą co do wielkości rezydencją w leżącym w regionie Chettinad, 60 kilometrów na północ od Maduraiu, Kanadukathanie – starożytnej stolicy stanu Tamilnadu. Gros ludności Chettinadu stanowiło kilkaset rodzin należących do klanu Nattukottai Chettiar. Chettiarowie byli pierwszymi bankierami w południowo-wschodniej Azji, a ich biznesowe imperium obejmowało południowe Indie, Malezję, Sri Lankę, Wietnam, Birmę i Indonezję. Na przestrzeni kilkuset lat finansowali budowę większości dużych świątyń z ogromnymi wieżami gopuram w południowych Indiach. Obecny minister finansów rządu Indii, P. Chidambaram, jest kuzynem Jogiego Ramaiaha. Cieszy się reputacją człowieka uczciwego i przenikliwego w sprawach finansowych. S. Annamalai – ojciec młodego Ramaiha, był biznesmenem i filantropem. Jego brat, Raja Sir Annamalai Chettiar, zbił fortunę na imporcie drewna tekowego, a w jego przypominającym pałac, leżącym w pobliżu „Ananda Vilas” domu o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych jest nawet garaż mieszczący trzynaście samochodów. Raja Sir jest jednym z czołowych przemysłowców w regionie. Jednak młody ojciec Ramaiaha bardziej interesował się samolotami, szybkimi samochodami, końmi wyścigowymi, hazardem i pieniędzmi ojca. Młoda matka Ramaiaha, również należąca do klanu Chettiarów, była pobożna i bardzo zainteresowana duchowością oraz mistycyzmem. Była uczennicą Cheli Swamiego, tajemniczego „zdziecinniałego świętego” będącego sadhu, czyli świętym mężem, który w swoich wędrówkach od czasu do czasu trafiał do ich domu. Bywało, że nadzy wiejscy chłopcy obrzucali go kamieniami jak wariata. A jednak – nikt nie wiedział dlaczego - on zawsze się uśmiechał. Czasami chłopi z wioski dawali mu banany albo masowali mu stopy z szacunkiem, a on znów się uśmiechał. Byli i tacy, którzy naigrawali się z niego lub usiłowali go rozdrażnić, ale on i wtedy uśmiechał się tylko w odpowiedzi. Nikt nie wiedział, gdzie mieszka, dokąd zmierza, kiedy odejdzie ani na jak długo – na kilka tygodni czy miesięcy. Pojawiał się i znikał jak wiatr. Ale Thaivani Achi bardzo się do niego przywiązała.

Młody Ramaiah odebrał wykształcenie od prywatnych nauczycieli i cieszył się pozycją członka największych elit kolonialnych Indii. Grał w golfa, nosił angielskie ubrania i często jeździł samochodem do leżącego trzydzieści kilometrów na północ Madrasu, gdzie jego ojciec był właścicielem większości terenów nadmorskich leżących około półtora kilometra na południe od katedry świętego Tomasza. Ramaiah interesował się nauką i literaturą tamilską. Gdy jego ojciec trwonił rodzinną fortunę, oddając się hazardowi, Ramaiah przygotowywał się do egzaminów na uniwersytet. Ojciec chciał, żeby jego syn zajął się biznesem, jak „wszyscy porządni Chettiarowie”, ale Ramaiah był nieugięty. Kiedy przyjęto go do Presidency College na Uniwersytecie Madraskim, będącym w latach 40 XX wieku najbardziej prestiżową uczelnią w południowych Indiach, wybrał jako główny kierunek geologię oraz filologię tamilską jak kierunek poboczny. Gdy poprosił ojca o zgodę, doszło do gorącej dyskusji, ale po wstawiennictwie matki Ramaiaha, S.A. Annamalai ustąpił i wyraził zgodę.

Ramaiah uczył się celująco i w roku 1944 ukończył studia z najwyższymi wynikami w swojej grupie. Złożył podanie na geologiczne studia podyplomowe na John Hopkins University w Baltimore w Stanach Zjednoczonych i został przyjęty. Ojciec był temu przeciwny. Nalegał, by jego syn rozpoczął karierę w rodzinnym imperium biznesowym. Ostatecznie Ramaiah zdołał przekonać ojca, żeby pozwolił mu na wyjazd do Ameryki, jednak ten postawił warunek, że  syn musi się najpierw ożenić. Ramaiah był już od kilku lat zaręczony z Solachi, której zamożna rodzina mieszkała w rezydencji po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko Ananda Vilas. Kiedy małżeństwo zostało zawarte, Ramaiah i jego młoda żona rozpoczęli przygotowania do długiej morskiej podróży do Ameryki. Jednak los pokrzyżował im plany: Ramaiah nabawił się gruźlicy kości. Sprowadzono na pomoc najlepszych angielskich lekarzy, ale ponieważ gruźlica kości była, i nadal jest, chorobą nieuleczalną, medycy mogli jedynie powstrzymać rozprzestrzenianie się choroby, która dotknęła nóg. W tym celu unieruchomili Ramaiaha w gipsie od stóp do szyi. Spodziewano się, że to zahamuje postęp zmian chorobowych, ale Ramaiah musiał przez sześć lat pozostać unieruchomiony w gipsie i zawieszony na wyciągach rehabilitacyjnych. Rodzina ulokowała go wraz z młodą żoną i kilkoma służącymi w domku na brzegu morza, przy ulicy Arulananda Mudali 2, w San Thome – dzielnicy Madrasu (obecnie Ćennaju).

Większość z nas, znalazłszy się w takiej sytuacji, najpewniej pogrążyłaby się w rozpaczy, ale Ramaiah miał w sobie siłę, która pozwoliła mu przetrwać ten trudny okres. Dzięki wpojonemu przez matkę zamiłowaniu do spraw duchowych, umiał dostrzec w swoim położeniu nie tyle przekleństwo, co okazję do badania wewnętrznych królestw własnej duszy. Uwielbiał czytać, więc wziął się za studiowanie klasyki indyjskiej literatury na temat duchowości. Szczególne wrażenie zrobiły na nim wiersze Ramalingi Swamigala i pisma Śri Aurobinda. Rodzina Ramaiaha od trzech pokoleń służyła mędrcowi Ramanie Maharshi, więc młody Ramaiah dobrze znał jego metodę vichara atman (praktyka samopoznania). Nie mogąc się poruszać ani wykonywać żadnej aktywności fizycznej, oddał się intensywnej praktyce medytacji i gdy tylko okolicę odwiedzał jeden ze słynnych sadhu albo guru, wysyłał po niego swojego szofera z zaproszeniem do odwiedzin. Zaciekawieni szczerością uwięzionego w gipsie młodzieńca mędrcy przyjeżdżali i ćwiczyli go w sztuce medytacji i oddychania. Nie mogąc zbadać świata zewnętrznego, Ramaiah skierował swoją uwagę na świat wewnętrzny. Nie rozpraszały go inne zajęcia, więc szybko robił postępy. Jednym z sadhu, który miał na niego największy wpływ, był mężczyzna w średnim wieku o imieniu Prasanananda Guru. Był on słynnym „tapaswi” – ascetą, który, oddawszy się medytacji lub transowi, potrafił przez wiele tygodni pozostawać w bezruchu. Niejednokrotnie wodzowie dotkniętych suszą obszarów wzywali go do siebie, ponieważ umiał zaklinać deszcz. Na przykład w roku 1948 roku, spędziwszy czterdzieści osiem w położonej kilometr od wioski świątyni Brahmanoor Kali, gdzie oddawał się praktyce tapas i intensywnej medytacji, położył kres trzyletniej suszy w Chettinadzie.  Pod koniec pierwszej 48-dniowej „mandali” lunął rzęsisty deszcz. Od tego czasu w tamtym regionie nigdy nie było suszy.

Kolejnym wczesnym guru Ramaiaha był Omkara Swami, były pracownik poczty, który zyskał sławę tapaswi. Pogrążywszy się w transie samadhi, potrafił siedzieć nieruchomo przez czterdzieści osiem, a nawet dziewięćdziesiąt sześć dni bez przerwy. To on blisko zaznajomił Ramaiaha z jogicznymi sadhanami (indywidualne praktyki duchowe). W roku 1952 Ramaiah napisał i opublikował biografię Omkary Swami zatytułowaną A Blissful Saint (Błogi święty) i pozostał z nim w przyjaźni do jego śmierci w latach sześćdziesiątych.

Dziesiątego marca 1952 roku, w tym samym dniu, kiedy przebywający w Stanach Zjednoczonych Jogananda osiągnął mahasamadhi (stan opuszczenia ciała praktykowany przez zaawansowanych joginów), do domu Ramaiaha przybył Mauna Swami, kolorowy sadhu, uczeń Śirdi Sai Baby. Dowiódł on, że jest jasnowidzem i przepowiedział z wielką pewnością, że Ramaiah wkrótce zostanie uzdrowiony. Zanim jednak do tego doszło, Ramaiah popadł w rozpacz i pewnej nocy postanowił zakończyć swoje życie, wstrzymując oddech. Usłyszał wtedy głos: „Nie odbieraj sobie życia! Oddaj je mi!”. Zaskoczony Ramaiah aż zachłysnął się powietrzem.  Kto to mógł być? Potem zrozumiał, że jest to zapewne ta sama tajemnicza postać, którą zaczął widywać w czasie medytacji po wizycie Mouny Swamiego. Gdy wydarzyło się to po raz pierwszy, miał wizję Śirdi Sai Baby w charakterystycznej pomarańczowej chuście na głowie. Ramaiah musiał wiedzieć: „Jesteś moim guru, Shirdi Sai Babą?”. W odpowiedzi usłyszał: „Nie, ale objawię ci, kto nim jest”. I właśnie wtedy po raz pierwszy ujrzał swojego właściwego guru – Babadżiego.

Następnego ranka Ramaiah obudził się ze świadomością, że został uzdrowiony. Wezwano angielskiego lekarza, który zdjął gips. Ku zdumieniu wszystkich badanie wykazało, że przerażająca choroba zniknęła. W ciągu następnych dni Ramaiah odzyskał władzę w nogach. Zaczął również cicho mantrować. Z początku wymawiał samo imię „Babadżi”, potem „Om Babadżi” i „Om Krija Babadżi”, aż wreszcie, przepełniony wdzięcznością i zachwytem, przeszedł do pięciowyrazowej mantry „panczakra”: „Om Krija Babadżi Nama Aum”.

Niedługo potem natknął się w gazecie na reklamę nowej książki o słynnej świętej Satuguru Rama Devi, zatytułowanej „9 Boag Road”. Ów tytuł to adres w Madrasie, pod którym mieszkała główna bohaterka. Autorem książki był znany dziennikarz V.T. Neelakantan. Ramaiah napisał do niego z prośbą o przesłanie egzemplarza książki, zwracając się do adresata per „Drogi Atmanie”. Otrzymawszy list, dziennikarz pomyślał, że nadawca jest bogatym obibokiem, ale z ciekawości postanowił złożyć mu wizytę w San Thome. Tak rozpoczęła się ich przyjaźń i współpraca, która trwała prawie piętnaście lat.

Mieszkającego w Egmore, dzielnicy Madrasu (ob. Ćennaj), V.T. Neelakantana również często odwiedzała tajemnicza postać Babadżiego. Działo się to późną nocą w jego pokoju modlitwy. Babadżi wkrótce objawił Neelakantanowi, że ten ma ściśle współpracować z Ramaiahem, by założyć jogiczną społeczność imienia Babadżiego - „Kriya Babaji Sangah” - oraz spisać i opublikować jego nauki w serii wydawniczej. W ciągu następnych dwóch lat Babadżi odwiedzał V.T. Neelakantana nocami w jego domu i zwracając się do niego per „moje dziecko”,  podyktował mu kilka książek: The Voice of Babaji and Mysticism Unlocked” (Głos Babadżiego i odtajniony mistycyzm), Masterkey to All Ills (Lek na wszystkie choroby) oraz Death of Death (Śmierć śmierci). Pięćdziesięciodwuletni wówczas Neelakantan w czasie drugiej wojny światowej i wcześniej pracował dla jednej z wiodących indyjskich gazet – „Indian Express” – jako korespondent zagraniczny w Japonii i w Londynie. Wtedy też zdobył zaufanie Pandita Nehru, Prezesa Partii Kongresowej, który w 1947 roku, kiedy Indie uniezależniły się od Wielkiej Brytanii, został pierwszym premierem Indii. Przed wojną Neelakantan współpracował również przez ponad piętnaście lat z Annie Besant, wieloletnią przewodniczącą Towarzystwa Teozoficznego i następczynią Madame Blavatsky, która uczyła go okultyzmu. Neelakantan miał żonę, czterech synów i córkę, ale pod koniec lat czterdziestych na dwa lata opuścił rodzinę i udał się do Himalajów, gdzie, wyrzekłszy się wygód doczesnych, oddał się studiom duchowym wraz ze Swamim Sivanandą i innymi świętymi.

Dziesiątego października 1952 roku zostało oficjalnie założone stowarzyszenie Kriya Babaji Sangah. Rozpoczęły się regularne wykłady, lekcje medytacji i inne publiczne działania, które zorganizowano w domu Ramaiaha w San Thome. Ramaiah został prezesem stowarzyszenia, a Neelakantan – pierwszym aczarją. Zakupiono prasę, na której drukowano ukazujący się kilka razy w roku „Kriya Yoga Magazine”. Pomimo słabego zdrowia Neelakantan spisywał kolejne nauki dyktowane przez Babadżiego, które później ukazywały się w formie książek z przedmową Ramaiaha. Babadżi zaczął kierować sadhanami Neelakantana, Ramaiaha i Solachi, udzielając im konkretnych instrukcji dotyczących medytacji, a zwłaszcza mantr.

Babadżi zaczął również ukazywać się Ramaiahowi, a w 1954 roku wezwał Ramaiaha do Badrinath w Himalajach. Polecił mu opuścić wioskę świątynną i nie zabierając absolutnie nic poza przepaską biodrową, wspiąć się na wysokość trzech i pół tysiąca metrów. Ramaiah, wtedy trzydziestojednoletni, ruszył na północ doliną wypływającej z lodowca rzeki Alaknandy, głównego dopływu Gangesu. Po kilku dniach wędrówki spotkał dwóch sadhu siedzących na płaskiej skale. Jeden uśmiechnął się do niego, ale drugi zmarszczył brwi i obrzucił Ramaiaha obelgami. „Kto to słyszał, żeby jakiś ciemnoskóry z południa pałętał się w tych stronach ubrany w samą przepaskę biodrową!” - szydził. By nie słyszeć przykrych słów sadhu, Ramaiah wspiął się nieco wyżej, usiadł na skale i zaczął medytować. Minęło kilka godzin. Nagle usłyszał, że ktoś zbliża się i namawia go, żeby zszedł do wioski po jedzenie. Ramajah uprzejmie odmówił, i poprosił, by zostawiono go samego. Minęły kolejne godziny i zrobiło się ciemno. Nagle pojawił się ten sam sadhu, który uśmiechnął się do Ramaiaha. Wrócił, żeby go nakarmić. „Dżai Babadżi”,  pomyślał Ramaiah. „Nawet tutaj, na tym zimnym, pozbawionym drzew pustkowiu, Babadżi dba o to, by mnie nakarmić.”

Po trzech dniach wędrówki Babadżi ukazał się Ramaiahowi w formie fizycznej i zaczął go szkolić w świętej nauce krija jogi. W ciągu następnych kilku miesięcy, mieszkając w jaskini nad jeziorem polodowcowym Satopanth Tal trzydzieści kilometrów na północ od Badrinath, Ramaiah nauczył się całego systemu stu czterdziestu czterech krii, czyli technik, obejmujących oddychanie, pozycje jogiczne, medytację i mantry. Cieszył się również obecnością uczniów Babadżiego: Annaia Nagalakshimi Deviyara, czyli Matadżiego, oraz Dadadżiego, który w poprzednim wcieleniu nazywał się Swami Pranavanandar, a także innych bliskich uczniów wielkiego satguru. Oprócz powyższych technik Babadżi nauczył go również ćwiczenia oddechowego pozwalającego funkcjonować w niskich temperaturach.

W 1955 roku, po kilku miesiącach spędzonych w Himalajach, Ramaiah wrócił do Madrasu i poświęcił się bardzo rygorystycznym tapas, czyli intensywnym praktykom, w czasie których czcił Boską Matkę w jej najbardziej przerażającej formie – Kali. Kult Kali uważany jest za szczególnie skuteczny, jeżeli dążymy do wyzbycia się pragnień i pokonania takich ograniczeń jak strach i złość. W kulcie Kali następuje „oddzielenie się” od ego, czego symbolem są odcinane przez nią głowy. Patańdżali w swoim traktacie Jogasutry(Yogasūtra) (polski przekład Leon Cyboran, PWN Warszawa 1986, wyd. 2: 2014), zaleca vairagya, czyli „oderwanie” jako podstawową metodę klasycznej radża Jjogi, ale taka praktyka zakłada formę osobistą i poważne zaangażowanie się w ascetyczne tapas. Kiedy siedzimy bez ruchu przez wiele dni, nasza ludzka natura się buntuje i tylko całkowite podporządkowanie się Boskości w postaci Matki Natury, czyli jak wydawało się Ramaiahowi, Kali, pozwoli pokonać opór stawiany przez ego. ”Tap” znaczy „ogrzać”, a „tapas” – „prostować w ogniu” lub „dobrowolne stawiać sobie wyzwania i osiągać wyznaczone cele”. Jest to też pierwotne określenie jogi. Tapas rozpoczyna się od złożenia ślubu. Może to być na przykład ślub pozostawania w jednym miejscu, zachowania postu albo milczenia przez określony czas, przykładowo na okres jednej „mandali” czyli 48 dni. Czterdzieści dni, które Jezus spędził na pustyni, również było formą tapas. Ukończywszy swoje tapas, Ramaiah się odrodził. Doświadczył stanów głębokiego spokoju i bezruchu, znanych jako samadhi, i odtąd zaczęto nazywać go Jogim Ramaiahem. Otrzymał także od Babadżiego kilka ważnych zadań: miał rozpocząć naukę fizjoterapii i terapii jogicznej, by pomagać tym, którzy - tak jak wcześniej sam Ramaiah – byli niepełnosprawni. Ponadto miał rozpocząć nauczanie krija jogi w Indiach i za granicą oraz zacząć gromadzić i zgłębiać pisma Boganathara i Agastjara, guru samego Babadżiego.

Jogi Ramaiah przeniósł się z Solachi do Bombaju, gdzie rozpoczął studia na kierunku fizjoterapii w GS Medical College and Hospital - uczelni medycznej prowadzącej największy szpital w mieście. Równolegle zgłębiał też asany jogi i skutecznie stosował je w leczeniu swoich pacjentów. Około 1961 roku, pod koniec studiów, poprosił swoich wykładowców, aby pozwolili mu przeprowadzić szereg eksperymentów klinicznych. Był przekonany, że za pomocą samej jogi, w zaledwie trzy miesiące, jest w stanie wyleczyć ponad 20 różnych rodzajów zaburzeń czynnościowych, w tym cukrzycę, nadciśnienie, zapalenie wyrostka robaczkowego i niepłodność. Gdy uzyskał pozwolenie, lekarze wybrali pacjentów z którymi Jogi przez trzy miesiące prowadził codzienne zajęcia jogiczne wspomagane dietą i terapią słoneczną. Ku zdumieniu lekarzy wszyscy pacjenci biorący udział w eksperymencie wyzdrowieli. W uznaniu zasług Jogi Ramaiah został wyróżniony dyplomem honorowym. Nie trwoniąc więcej czasu na formalności wymagane do uzyskania dyplomu ukończenia uczelni, Jogi wrócił do Madrasu, by w dzielnicy San Thome założyć bezpłatną klinikę dla ubogich specjalizującą się w niepełnosprawności oraz oddział rehabilitacji ortopedycznej w dzielnicy Adyar. Bezpłatną klinikę dla ubogich prowadził przez prawie dziesięć lat, natomiast znajdujący się przy ulicy Mount Road na północ od mostu Adyar oddział rehabilitacji ortopedycznej kontynuuje swoją działalność do dziś. W 1985 roku autor wraz z Jogim Ramaiahem odwiedzili GS Medical College, gdzie zademonstrował osiemnaście asan, a Jogi Ramaiah wygłosił wykład dla ponad pięciuset zgromadzonych na sali pracowników uczelni. Starsi uczestnicy wciąż pamiętali, jak skutecznie wykorzystał on jogę w leczeniu pacjentów.

W roku 1956  Jogi Ramaiah i Solachi zaczęli podróżować na Sri Lankę, do Malezji i Wietnamu, gdzie Jogi prowadził wykłady, lekcje asan i inicjacje krija jogi. Organizowali także bezpłatne wyjazdy lecznicze dla niepełnosprawnych. W roku 1980 pewien entuzjasta, inżynier z Jaffny (stolicy północnej prowincji Sri Lanki), opowiedział autorowi o wizjach sennych, w których wielokrotnie ukazywał mu się Jogi Ramaiah, jeszcze przed ich pierwszym spotkaniem. W roku 1958 roku na Sri Lance doszło do pierwszych zamieszek między Tamilami a Syngalezami.

Jogi Ramaiah przewodniczył wtedy swojemu trzeciemu dorocznemu Parlamentowi Światowych Religii i Jogi (Parliament of World Religions and Yoga) – konferencji ekumenicznej z udziałem miejscowych przywódców różnych grup religijnych. Ostatni dzień sesji Parlamentu  uświetnił wtedy swoją obecnością premier Sri Lanki, który osobiście podziękował Jogiemu Ramaiahowi i innym mówcom za przyczyniające się do złagodzenia niepokojów wykłady propagujące porozumienie między religiami. Jednym z uczestników Parlamentu był Swami Saććidananda reprezentujący Divine Life Society założone przez Swamiego Sivanandę. Ów Tamil z miasta Coimbatore był pod wielkim wrażeniem Jogiego Ramaiaha i jego działań na rzecz ekumenizmu. Był to początek trwającej całe życie przyjaźni Jogiego i Swamiego Saććidanandy. W 1967 roku, przed wyjazdem do Ameryki, Swami zatrzymał się w nadmorskim aśramie Jogiego Ramaiaha w San Thome, by prosić o jego błogosławieństwo. Jogi odprowadził go na lotnisko i pożegnał po królewsku. Rok później Jogi Ramaiah również przeprowadził się do Nowego Jorku i odtąd przyjaciele często się wspierali w swoich przedsięwzięciach. Jedną z takich okazji była uroczystość wręczenia świadectw uczniom kursu języka tamilskiego prowadzonego w aśramie Jogi Ramaiaha przy nowojorskiej 112 East 7th Street, inną – sesja Parlamentu Religii i Jogi na Rutgers University w 1969 roku.

Z początku okoliczności sprzyjały przyjętej przez Jogiego i jego żonie Solachi filozofii życiowej:  podróżując po Malezji we wczesnych latach sześćdziesiątych, małżonkowie znaleźli wiele osób zainteresowanych krija jogą. W ramach ślubnego posagu Solachi otrzymała od swojej rodziny między innymi dużą plantację kauczuku. Wcześniej – pod koniec XIX wieku – dziadek Ramaiaha został cudownie ocalony przed śmiercią przez tajemniczego jogina, którego później zidentyfikowano jako Babadżiego. Natomiast dr Alagappa Chettiar, kochający teść Jogiego, założył w miejscowości Pallatur, osiem kilometrów od Kanadukathanu, szkołę, w której Ramaiah uczył jogi. Jednak po śmierci teścia krewni młodych małżonków zaczęli potępiać ich wędrowny styl życia i zainteresowanie jogą oraz bezdzietność. Było wtedy nie do pomyślenia, aby młode osoby tak poważnie angażowały się w jogę, chyba że wyrzekną się wszystkiego jak asceci sannjasinowie. Obawa przed takim obrotem spraw zaogniła konflikt w rodzinie. Wkrótce Solachi ciężko zachorowała i na czas rekonwalescencji przeniosła się do domu swojej matki w Kanadukathanie. Relacje Ramaiaha z teściową pogorszyły się. W 1962 roku, w ostatnich dniach życia Solachi, jej chciwa matka podstępnie nakłoniła ją do przepisania na siebie całego majątku, ukradła biżuterię córki i nie dopuściła Jogiego do umierającej żony. Po śmierci Solachi teściowa postąpiła jeszcze podlej: przekupując malezyjską sędzię, zyskała tytuł własności do całego majątku córki w Malezji.

Mniej więcej w tym samym czasie Jogi Ramaiah postanowił zerwać kontakty z własną rodziną. Je go matka umarła, a ojciec – materialista – gwałtownie przeciwstawiał się jogicznej działalności Ramaiaha. Wzgardzony i wyszydzony przez ojca Jogi zdecydował, że musi raz na zawsze uniezależnić się od rodziny. Zamiast czekać na swoją część spadku – zwykle rozdzielanego po śmierci jednego z rodziców – wynegocjował ugodę, dzięki której otrzymał kwotę wystarczającą na zakup dużego domu w Kanadukathanie przy AR Street 13, który funkcjonował przez kilka lat jako akademik dla miejscowych stude ntów. W latach siedemdziesiątych Jogi odremontował go i wybudował w jego murach sanktuaria Babadżiego, Matadżiego i Dadaadżi ego oraz Avvai (jednej z siddhów) oraz umieścił tam zbiór ponad tysiąca sporządzonych na liściach palmowych manuskryptów siddhów jo gi, które przez wiele lat otrzymywał od prywatnych kolekcjonerów i muzeów w czasie swoich wędrówek po Tamilnadu. Nad bramą fro tową wybudowano piękną wieżę gopuram z wizerunkami osiemnastu siddhów jogi. Pomimo praktykowania jogi Ramaiah nie zaleczył ran po konflikcie z rodziną, ale, co opiszemy w dalszej części, podjął potem intensywne działania, by naprawić swój wizerunek w oczach kr ewnych.

W 1968 roku Jogi Ramaiah napisał i wydał dwie książki: bogato ilustrowany djęciami trakta t o pozycjach jogi oraz Songs of the 18 Siddhas (Pieśni osiemnastu siddhów) z wyborem manuskryptów na liściach palm owych. Jak tłumaczy, to sam Babadżi polecił mu zadbać o to, by te dzieła zostały pewnego dnia wydane. Piękny wstęp do tej ksi ążki napisał bliski przyjaciel Jogiego Ramaiaha, Jogi Shuddhananda Bharatiyar – tamilski poeta i znany jogin, będący uczniem Śr i Aurobinda. W następnych latach Jogi Ramaiah zlecił transkrypcję rękopisów Boganthara z liści palmowych, a następnie wydał je w języku tamilskim w cyklu książek, z których pierwsze ukazały się w roku 1979. Przez te wszystkie lata z pomocą V.T. Neelakan tana wydawał także magazyn krija jogi („Kriya Yoga Magazine”), jednak długa współpraca zakończyła się około ro ku 1967, kiedy ich drogi rozeszły się z powodów osobistych. Autor niniejszego tekstu nie zna przyczyn rozpadu owej przyjaźni, p onieważ Jogi Ramaiah odmawiał komentarzy na temat V.T. Neelakantana nawet w czasie wywiadu, który autor przeprowadził z nim w rok u 1972 roku. (W 2003 roku autor dowiedział się o późniejszych latach życia V.T. Neelakantana od jego synów. Według ich relacji ojciec pozostał wierny Babadżiemu i do końca regularnie praktykował jogę, zwłaszcza mantry sadhany. Prowadził spokojne życie, ale do samego końca nie pojednał się Jogim Ramaiahem. Zmarł w 1983 roku w Madrasie, a jego żona umarła dziewięć lat później.

W 1967 roku Jogi Ramaiah wyjechał do Malezji, a następnie do Australii, gdzie prowadził inicjacje krija jogi. Jedna z jego uczennic, Filinea Andlinger, miała działkę leżącą kilka godzin jazdy od Sydney, gdzie znaj dowała się duża jaskinia, w której intensywnym tapas oddawał się sam Babadżi, co osobiście objawił Jogiemu Ramaiahowi sam wielki Mistrz.

Na początku 1968 roku Jogi Ramaiah przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Przybywając do Nowego Jorku, oczekiwał, że będzie mógł pracować jako fizjoterapeuta, niestety jednak jego referencje akademicki e nie były honorowane. Postanowił więc jak najszybciej zdobyć amerykańskie kwalifikacje zawodowe, biorąc udział w kursach protetyki i ortotyki. Do ich ukończenia mieszkał w prymitywnych warunkach w opuszczonym budynku przy East 5th Street na dol ym Manhattanie i pracował na pół etatu w księgarni. Wtedy też zaczął dawać wykłady i lekcje związane z jogą, które przyciągał y miejscową młodzież. W Nowym Jorku i Haight-Ashbury, dzielnicy San Francisco, trwało właśnie „lato miłości”. Młodzi ludzie szukali nowych sposobów na „odlot” – oderwanie się od rzeczywistości. Był to czas, kiedy w świad omości nowego pokolenia pojawiły się środki psychodeliczne i joga. Jogi zachęcał swoich nowych, młodych uczniów z brodami, by zrezygnowali z narkotyków i oddali się ćwiczeniu jogi i pracy. Wokół Jogiego zebrała się grupa zwolenników. Przenieśli się oni do kilku wynajętyc mieszkań, gdzie prowadziło swoją działalność również nowo utworzone stowarzyszenie American Babaji Yoga Sangam”(Amerykański Sangam Jogi Babadżiego)  Dzięki pomocy pierwszego prezesa, Dolpha Schiffrena, Jogi Ramaiah jako założyciel i przewodnik duchowy nowej organizacji non-profit uzyskał zieloną kartę, dającą mu prawo do stałego pobytu w USA. Wtedy też  stowarzyszenie kupiło swoją pierwszą amerykańską nieruchomość, która osiągnęła na aukcji cenę 3000 dolarów. Była to mająca dwanaście hektarów częściowo zalesiona działka w Richville w stanie Nowy Jork,  którą nabywcy obejrzeli dopiero po kupnie. Była oddalona o siede m godzin jazdy od Nowego Jorku i służyła jako letnie ustronie do wyjazdów medytacyjnych (odosobnień). Pierwszymi amerykańskimi ucz iami Jogi Ramaiaha byli Dolph Schiffren z żoną Barbarą, Mary Chiarmante ze swoim partnerem Richardem, a także Lloyd i Teri Ruzowie. Potem przyłączyli się do nich Leslie Stella, Andrea Auden, Ronald i Anne Stevensonowie, Donna Alu, Michael Bruce, Michael Weiss, Cher Manne, autor niniejszego tekstu, David Mann (brat słynnego hollywoodzkiego producenta), Michael Mann i Mark Denner.

Przed przeniesieniem się do Kalifornii latem 1970 roku Jogi Ramaiah udał się z Dolphem i Barbarą do Madrasu, gdzie mieli prowadzić zajęcia i rozwijać ośrodek swego stowarzyszenia. We wrześniu 1970 roku Jogi przepr owadził się do Downey w Kalifornii, gdzie mieszkał z autorem i czterema innymi uczniami w małym lokalu przy Longworth Boulevard . Następnie ztymi samymi uczniami przeniósł się do małego domu przy Chester Street w Norwalk i w pobliskim Cerritos College rozpoczął studia na kierunku protetyki i ortotyki, w związku z czym zaczął przynosić do domu protezy nóg, stabilizatory ortopedy czne i ortezy. Rozpoczął także wykłady i zajęcia z jogi. Wraz z kilkoma znanymi joginami, m. im. Jogim Bhadżanem, Swamim Saććidanandą i Swamim Wisznudewandą, został wtedy zaproszony przez Charlesa Bernera na spotkanie mające na celu zaplanowanie pierw szej pielgrzymki Kumba Mela (dosł. „Święto Dzbana”, jedno z najważniejszych świąt hinduizmu) w Ameryce Północnej. Wedł ug wizji Jogiego Ramaiaha na pole w Oregonie sześcioma wielkimi odrzutowcami miało przylecieć kilka tysięcy indyjskich sadhu. Autor uczestniczył w kilku spotkaniach poświęconych logistyce tego przedsięwzięcia, nie doszło ono jednak do skutku ze względu na oszałamiający rozmach. Niemniej jednak Jogi Bhadżan zaprosił Jogiego Ramaiaha do swojego domu przy hollywoodzkim Sunset Boulevard na prywatne spotkanie. Autor towarzyszył Jogiemu Ramiahowi w tej wizycie, która na zawsze utkwiła w jego pamięci. Jogi Bhadżan, sikhijski mistrz, mierzący ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i ważący co najmniej sto dziesięć kilogramów olbrzym w królewskim stroju i białym turbanie usiadł obok ciemnowłosego Jogiego Ramaiaha, ubranego jak jego idol – Mahatma Gandhi – w okręcone wokół talii dhigi z ręcznie tkanego materiału khadi i udrapowany na ramionach ręcznik. Jedynym podobieństwem, które łączyło obu Jogich, były długie  brody i rozbłysłe oczy. Przez prawie pół godziny nie zamienili ani słowa. Siedzieli w milczeniu, a autor niniejszych słów zachodził w głowę, co się dzieje. Potem wymieniliśmy uprzejmości i wyszliśmy. Kilka tygodni później, w czasie publicznego spotkania Sikhów, Jogi Bhadżan oświadczył zebranym, że Jogi Ramaiach, którego spotkał, jest wielkim świętym. Wtedy autor zrozumiał, że w czasie pamiętnych odwiedzin obaj guru porozumiewali się na [niedostępnym dla innych] najgłębszym możliwym poziomie. Gdy zapytałem Jogiego Ramaiaha, kto udzieli mi informacji o kundalini (energii duchowej) – może on sam? – polecił mi Jogiego Bhadżana. W ten sposób zaczęła się ich długoletnia przyjaźń. W grudniu 1970 roku Jogi Bhadżan był jednym z głównych mówców dorocznego Parlamentu Religii i Jogi, zorganizowanego na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Autor miał zaszczyt zapraszać większość prelegentów. Kiedy zaś przenosiliśmy działalność do naszego nowego aśramu, Jogi Bhadżan brał udział w ceremonii jego otwarcia. Pamiętam, jak nawiązując do mocno już siwej brody Jogiego Ramaiaha, skarżył się na swoją pierwszą grupę amerykańskich uczniów sikhizmu, z którymi właśnie wrócił z wyjazdu do Amritsaru w Pendżabie. Narzekał, że przysporzyli mu mnóstwa siwych włosów. ”Tacy uczniowie jak wy są dla nas jak młyńskie kamienie u szyi” – powiedział, po czym napominał, byśmy pozostali wierni naszej ścieżce.

W pierwszych miesiącach 1971 roku Jogi Ramaiah przeprowadził wstępne szkolenie w zakresie stu czterdziestu czterech krii dla dwunastu uczniów mieszkających w ośrodkach założonych przez niego w Kalifornii, Nowym Jorku, Waszyngtonie, Baltimore i New Jersey. By zakwalifikować się do tego szkolenia, musieli oni przez pięćdziesiąt dwa tygodnie poświęcać minimum pięćdziesiąt sześć godzin tygodniowo na praktykę technik krija jogi przekazanych im podczas pierwszej i drugiej inicjacji. Musieli także przedstawić historię zatrudnienia oraz zapis dochowania ślubów postu, milczenia i innych rygorów. Jogi Ramaiah wiedział, jak nas zainspirować i zmotywować do osiągania doskonałości w jogicznych sadhanach. Większość oddanych mu uczniów, w tym autor tych słów, uwielbiała te praktyki. Zachęcał do „prostego życia i wzniosłego myślenia”, a my czuliśmy się uświęceni wszystkim, co dla nas robił. [W tamtym roku] zorganizował też pielgrzymkę do leżącej w północnej Kalifornii wulkanicznej góry Mount Shasta oraz kilka wyjazdów medytacyjnych (odosobnień) i wiele wykładów, w których z inspiracją mówił o tamilskiej jodze siddhantham - nauce jogi osiemnastu siddhów („Tamil Yoga Siddhantham, the teachings of the 18 Yoga Siddhas”).

Przez całe swoje życie Jogijar (bo tak pieszczotliwie zwracaliśmy się do Jogiego Ramaiaha) często czuł się zdradzony przez członków rodziny i przez własnych uczniów. Miał nieugięty charakter, był autorytarny i domagał się pełnej kontroli nad sytuacją. Lubił zawsze mieć rację i nie życzył sobie, by ktokolwiek kwestionował jego mądrość i metody. Umiejętność „łamania ego” uczniów zdawała się napawać go dumą, jakby to właśnie ona była najskuteczniejszą drogą do wyzwolenia. Ceniliśmy jego zdolność do ujawnienia naszej „ciemnej strony”. Są guru, którzy traktują swoich uczniów z pełnym szacunkiem i miłością, ale Jogijar unikał nieporozumień, które wynikają z takiego podejścia. Nie kochał w nas zwykłych ludzi, obciążonych wszystkimi niedoskonałościami, ale to, kim jesteśmy naprawdę. Ociosując nas z osobistych nawyków i przyzwyczajeń  – jak rzeźbiarz zdejmujący nadmiar kamienia z posągu ukrytego w bryle granitu – pomógł nam zrozumieć naszą głębszą, prawdziwą Osobowość. Będąc jego uczniami, zaakceptowaliśmy to podejście, wypełnione bolesnymi połajankami i długimi sesji karma jogi wymagającymi wielogodzinnej pracy fizycznej lub niekończących się rutynowych czynności. Jogi rzadko wyrażał uznanie dla naszych talentów, a przynajmniej nie robił tego osobiście, a prace, które między nas rozdzielał, były zawsze niewdzięczne. Z punktu widzenia organizacji prawie zawsze robił coś wręcz odwrotnego niż to, co wydawało się właściwe. Unikał rozgłosu i dbał o to, byśmy stali się czymś więcej niż tylko grupką uczniów oddającą się praktyce krija jogi i pracy, a była to intensywna praca nad sobą. W ramach takich „działań pod prąd”, zamiast zbierać jedną ustaloną kwotę przed wyjazdem na obozy medytacyjne (odosobnienia) pierwszej albo drugiej nocy, kiedy wszyscy uczestnicy już spali, Jogi wysyłał kilku uczniów, prosząc, by zebrali od każdego na przykład po „5 dolarów na psy”, „po 20 dolarów na fundusz budowlany” albo „po 15 dolarów na samochód”. Tak więc ilekroć sięgaliśmy po portfele, dostawaliśmy kolejną lekcję „oderwania” [od dóbr doczesnych]. Ci, do którzy nie rozumieli, że chodzi o „poskromienie ego”, czuli się dotknięci i szybko opuszczali grupę. Za to ci, którzy pozostali, wykształcili w sobie niemałe poczucie humoru.

Jogijar kładł również nacisk na edukację. Zachęcał swoich uczniów, aby wrócili do szkół i podnosili kwalifikacje, ponieważ wielu miało niepełne wykształcenie. Motywował ich do działalności prospołecznej, szczególnie w dziedzinie zdrowia. Kilku jego uczniów uzyskało kwalifikacje zawodowe w zakresie ortotyki i protetyki. Na przykład Edmund Ayyappa, który potem przez wiele lat pełnił funkcję dyrektora Działu Badań Departamentu ds. Weteranów w Long Beach w Kalifornii, gdzie opracował wiele nowatorskich, sterowanych elektronicznie protez kończyn. Z kolei Ronald Stevenson i John Adamski założyli własne kliniki protetyczno-ortotyczne w Wirginii i Chicago. Jeszcze inni uczniowie Jogiego zostali pielęgniarzami. Ponieważ autor uzyskał wcześniej pewne kwalifikacje w Szkole Służby Zagranicznej, po roku spędzonym w Indiach, Jogi Ramaiah polecił mu udać się do Waszyngtonu w celu złożenia egzaminu dla pracowników służby cywilnej. Następnie Jogi doradził autorowi, by w 1972 roku przyjął stanowisko cywilnego ekonomisty w Pentagonie, gdzie autor pracował przez cztery lata. Sam Jogijar uzyskał dyplomy na kierunku ortotyki i protetyki i przez kilka lat pracował jako technik w laboratorium, gdzie wytwarzał i dopasowywał protezy kończyn i pomoce ortotyczne. W 1973 roku zaczął ze swoim warsztatem ortotyczno–protetycznym w przyczepie kempingowej odwiedzać obozy migrantów zarobkowych w Imperial Valley. Kiedy okazało się, że tamtejszy gorący pustynny klimat przypomina ten panujący w okolicach domu jego przodków w Indiach, Jogi kupił w Imperial Valley czterohektarową działkę ze starą farmą i zaczął spędzać tam wiele czasu. Uzyskał stanowisko instruktora w miejscowym Imperial Valley College, choć w tamtym czasie joga jeszcze była stosunkowo mało znana. Ubrany w indyjskie dhoti i biały fartuch laboratoryjny, uczył studentów jak mogą poprawić swoje zdrowie i samopoczucie poprzez ćwiczenia oddechowe i jogę. Po około ośmiu latach, ze względu opór, który napotykał ze strony fundamentalistycznych chrześcijan w koledżu oraz częste wyjazdy związane z pracą, zakończył swoją karierę nauczycielską w Imperial Valley. Znalazł jednak stanowisko w Arizona State College, w oddalonej o półtorej godziny jazdy miejscowości Yuma, na której obrzeżach autor nabył wtedy mały dom na dwuhektarowej farmie. W tym czasie zaczęliśmy żartować z wizytówek Jogijara, na których nasz guru umieszczał coraz więcej kwalifikacji i pozycji akademickich, odzwierciedlających jego rosnące doświadczenie na niwie edukacji. Kiedy uzyskał korespondencyjnie stopień doktora na Pacific Western University, udał się do fotografa, by zrobić sobie zdjęcie w akademickim birecie i todze. Choć nie przepadał za rozmowami o błahostkach i wydawał się nie dbać o to, że jego wygląd odstrasza nieznajomych, to wizytówka ta była dla niego ważna, bo dzięki niej nowo poznane osoby dowiadywały się, że wcale nie jest dziwakiem.

W czasie swojego trzydziestoletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych, których obywatelem stał się w roku 1975, dał tysiące wykładów i pokazów związanych z terapią przez jogę w szpitalach i przed konferencjami medycznymi. Niektórzy uczestnicy takich konferencji uważali go za namolnego dziwaka i nazywali kąśliwie „chodzącym sumieniem”, bo drażniły ich nieustające wysiłki Jogiego zmierzające do podnoszenia standardów. Zwłaszcza na konferencjach protetyczno-ortotycznych podejmował on zdecydowane działania podnoszące profesjonalizm i poziom moralny uczestników. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ściany przeciętnej pracowni protetyczno-ortotycznej dekorowano kalendarzami z rozebranymi dziewczętami, a największym zainteresowaniem na konferencjach cieszył się… alkohol. Jogijar zainspirował kilka swoich studentek, w tym Suzanne Fournier, by zostały profesjonalnymi protetyczkami i ortotyczkami. W rozmowach z osobami wykonującymi zawody medyczne, od pielęgniarzy po profesorów, podkreślał, że najważniejszym elementem w leczeniu jest „miłość do pacjenta”, a nie do leków czy techniki medycznej. Zajmował się najtrudniejszymi przypadkami, pomagał osobom bez rąk i nóg albo bardzo poważnie zdeformowanym, okazując im tak wiele miłości, jak były one wielkim Mistrzem. Otaczał je troską, przekonany, że może im pomóc.

Kochał zwierzęta, w związku z czym w ośrodkach stowarzyszenia w Yumie i w Imperial Valley miał całą menażerię psów, kotów, kóz i krów. Przez wiele lat upierał się także, byśmy trzymali wielkiego białego byka rasy charolais w ośrodku w Richville w stanie Nowy Jork. Byk był dla nas ciężarem, ale czuliśmy, że ważne jest, by traktować zwierzęta z szacunkiem, zwłaszcza że dla naszych sąsiadów stanowiły one wyłącznie źródło pożywienia. Tak więc indyjskie „święte krowy” nie były dla nas tylko wspomnieniem czy anegdotą, lecz jednym z elementów aspiracji Jogiego, by sprowadzić kulturę indyjską na Zachód. Nasz ubiór, dieta, spanie na podłodze, toaleta i higiena, obywanie się prawie bez mebli, a zwłaszcza bez telewizora, stanowiły część eksperymentu społecznego, a nawet miniinwazję kultury Wschodu na materialistyczny świat zachodni. Jogi nie zamierzał upodabniać się do swoich amerykańskich sąsiadów. Kto chciał być jego uczniem i mieszkać w jednym z ośrodków, które Jogi założył, ten musiał dostosować się do jego norm kulturowych. Jogi wymagał tego również z pewnej bardzo praktycznej przyczyny: po takim przygotowaniu mogliśmy z powodzeniem jechać na całe lata do Indii, by tam mieszkać, pracować i praktykować jogę. Było to w czasach, gdy Indie oferowały niewiele nowoczesnych wygód, więc mieszkańcom Zachodu bardzo trudno było tam wytrzymać. Jogi skoncentrował się na szkoleniu zaledwie kilku osób, które w praktyce sadhan potrafiły zsynchronizować się z jego energią i mogły pomóc mu w wypełnianiu zadania, które otrzymał od Babadżiego. Wspominał również, że „nasiona”, które zasiewa, mogą wydać owoce dopiero za setki lat. Owe „nasiona” miały kiełkować w zbiorowej świadomości i kulturze zachodniego społeczeństwa przez dziesięciolecia. Zapytany kiedyś przez autora, jaka będzie Ameryka w połowie XXI wieku, odparł, że „poziomem rozwoju duchowego dorówna Indiom”. Często jego działania nie były umotywowane perspektywą krótkoterminowych zysków, ale długofalowymi korzyściami dla całej planety. Czasami trudno było zrozumieć, jakie są jego motywacje, ale zwykle były ugruntowane w pradawnych zasadach kultury jogicznej.

W przeciwieństwie do większości nauczycieli Jogijar finansował swoją działalność w sposób niekomercyjny. Przez prawie trzydzieści lat uczestnicy kilkudniowych seminariów inicjacyjnych przekazywali za nie darowiznę w wysokości zaledwie szesnaście dolarów. Wszystkie regularne i nadzwyczajne wydatki były jednak pokrywane przez od kilkunastu do dwudziestu kilku uczniów mieszkających w sześciu amerykańskich ośrodkach założonych przez Jogiego. Jogi utrudniał wszystkim chętnym zamieszkanie w ośrodkach, a kiedy już dowiedli, że są zdyscyplinowani i oddani życiu joginów w ośrodkach, to wiele od nich wymagał. Pracując często na dwóch etatach, aby związać koniec z końcem, musieli opłacać ze swoich skromnych zarobków koszty jego częstych podróży, samochodu, rachunki za telefon i media oraz – okazjonalnie – druk wydawnictw książkowych. Jogi nie zbierał datków ani nie ściągał opłat za szkolenia od nowych uczniów, ponieważ to mieszkańcy ośrodków zasadniczo dofinansowywali jego misję oraz szkolenie oferowane uczniom z zewnątrz. Była to właśnie karma joga – bezinteresowna służba, która uczyła mieszkańców ośrodków, czym jest dobrodziejstwo ofiarowania z serca i oderwania się od dóbr doczesnych. Jogi nie zgodził się na zorganizowanie sklepików oferujących uczniom książki, zdjęcia i inne parafernalia. Jedynym celem ośrodków rezydencyjnych Jogiego było stworzenie warunków, w których – po ośmiu godzinach pracy zarobkowej – mieszkańcy mogli oddać się ośmiogodzinnej praktyce krija jogi, a przez pozostałe osiem godzin zadbać o swoje potrzeby fizyczne i poświęcić się karma jodze. Taki harmonogram pozwalał osiągnąć niezwykłą dynamikę działania i skoncentrować się na praktyce jogi. Osoby z zewnątrz mogły odwiedzać ośrodki w celu uczestniczenia w bezpłatnych publicznych lekcjach jogi tylko raz w tygodniu. Było to przeciwieństwem stopniowo stającego się normą zjawiska studiów jogi. Jogijar pragnął, by jego uczniowie włączyli praktykę jogi do życia codziennego zamiast ją skomercjalizować albo zmienić źródła dochodów.

Jedną z powszechnie znanych metod, które Jogi Ramaiah wykorzystywał do pomagania uczniom, było – jak sam to określał – „kruszenie ego”. Po mistrzowsku aranżował sytuacje, w których jego uczniowie musieli zmierzyć się reakcjami ego: złością, urazą, zazdrością, wątpliwościami, niepewnością, dumą i wszelkimi innymi ograniczeniami właściwymi ludzkiej naturze. Zdarzyło mu się na przykład celowo zakwaterować w jednym z ośrodków dwóch bardzo od siebie odmiennych uczniów, z których jeden miał iloraz inteligencji na poziomie 85, a drugi – około 150. Następnie powierzył zarządzanie temu mało rozgarniętemu, a kiedy sprawy przybrały zły obrót – Jogi obwinił tego inteligentnego. Unikał także chwalenia uczniów. Ponadto nieraz słyszało się, jak beszta ucznia, stawiając mu za przykład innego. Robił to jednak zawsze po to, by wpłynąć na tego karconego. Tych, którym brakowało pewności siebie, zachęcał do powrotu na studia wyższe, a jednocześnie przebijał „bąbel megalomanii” u tych, którzy byli zbyt dumni lub pewni siebie. Potrafił być bezlitosny w rozbijaniu ego. Takie podejście jest bardzo kontrowersyjne, wymaga bezwzględnej uczciwości nauczyciela. Gdyby służyło tylko jemu, byłoby znęcaniem się nad uczniami. Jednak ostatecznie, pod warunkiem, że zaangażujemy się w proces „puszczania” (uwalniania się od) wszystkiego, co pojawia się jako reakcja na takie działania, przynosi on oczyszczenie. Ostatecznie uwalnia od samaskar, czyli nawyków, do których automatycznie powracamy, i pozwala na samourzeczywistnienie. Jednak, co ciekawe, żaden z tekstów siddhów jogi, jak na przykład Jogasutry Patańdżaliego czy Thirumandiram, nie wspominają o tej metodzie pracy. Jest ona za to częścią tantrycznej tradycji poszanowania guru jako drogi do dostrzeżenia guru w sobie samym. Jeśli jednak praktyka ta sprowadza się jedynie do podporządkowania jednego ego woli drugiego, to stanowi tylko jałową próbę sił. Prawdziwa wartość tej metody objawia się wtedy, kiedy stanowi ona część „gry świadomości”, w której wykorzystujemy relacje międzyludzkie, do uświadomienia sobie naszej prawdziwej Jaźni (the Self) z perspektywy świadka, a nie doświadczanego. „Guru” jest właściwie prawem natury, prowadzącym człowieka od mroku ignorancji do światła świadomości, które może przejawiać się w wydarzeniach, sytuacjach i ludziach. Gdy konsekwentnie przejawia się w postaci jakiejś osoby, możemy wtedy powiedzieć, że ta osoba jest „guru”.

Jogijar miał swoje dziwactwa, ale był człowiekiem czarującym;  uwielbialiśmy go. Spędzał całe godziny przy telefonie, wysłuchując problemów, które referowali mu jego uczniowie z drugiego końca kontynentu. Nocami sypiał tylko trzy godziny. Odmawiał nawet zjedzenia kolacji, dopóki „praca Mistrza [Babadżiego] nie będzie ukończona”, a to zwykle miało miejsce około trzeciej nad ranem. Co dwa tygodnie zmienialiśmy się w roli jego osobistych asystentów, rozpoczynając ten okres pełni sił i gotowości do niekończących się sesji karma jogi, a opuszczaliśmy nasz „posterunek” wyczerpani. Jogi dysponował niesamowitymi zasobami energii. Kiedy presja wywołana pracą, sadhanami, karma jogą i „kruszeniem ego” stawała się zbyt duża, zdarzało się, że uczniowie odchodzili. A może po prostu poszukiwali łatwiejszego życia? Choć było nas coraz mniej, Jogijar – jak pieszczotliwie go nazywaliśmy – jeszcze bardziej utrudniał nowym osobom zamieszkanie w jednym z kilkunastu ośrodków założonych przez siebie w Stanach. W miarę jak nasze szeregi topniały, pozostali uczniowie musieli ponosić coraz większy ciężar finansowy utrzymania ośrodków.

Jogijar był osobą niezwykłą. Pewnego razu, kiedy w czasie pielgrzymki przez cały kraj zatrzymaliśmy się na noc w pobliżu góry Pikes Peak w stanie Kolorado, oświadczył, że idzie do lasu, by pomedytować w samotności i nie życzy sobie, żeby iść za nim. Jednak ciekawość była silniejsza i autor podążył za Jogim. Ukryty za drzewem, widział, jak mistrz siada w pozycji medytacyjnej, krzyżuje ręce, wywraca oczy na drugą stronę i znika w kuli światła przypominającej słońce! Autor uszczypnął się kilka razy i przetarł oczy, aby upewnić się, że nie śni. Po półgodzinie kula światła stopniowo znikła, a Jogijar powrócił do swojej zwykłej postaci. Kiedy wstał i ruszył w stronę obozu, zauważył autora i zbeształ go, że ten nie usłuchał zakazu. Później autor spytał Jogiego, co robił w lesie. Jogijar odpowiedział, że „zasiewał ziarno” w różnych miejscach i kiedyś, w przyszłości, ono wzejdzie, by okolice stały się ważnymi ośrodkami życia duchowego.

Jogijar ujawniał swoje „siddhi”, czyli cudowne jogiczne moce również przy wielu innych okazjach. Na przykład w czasie interakcji. Wiedział dokładnie, o czym myśleliśmy. Odwiedzał nas w snach i mówił, co robiliśmy w poprzednich dniach, kiedy byliśmy sami. Nigdy jednak nie popisywał się swoimi mocami. Z reguły nie pozwalał nam też przebywać w swojej obecności dłużej niż przez kilka tygodni. Wysyłał nas do różnych miejsc w kraju lub za granicą, byśmy tam praktykowali jogę, pracowali i nabierali sił. Tak właśnie autor zakosztował pracy w najróżniejszych zawodach oraz zakładał lub rozwijał ośrodki w tak odległych od siebie miejscach jak Anglia, Australia, Malezja, Indie, Sri Lanka oraz w różnych miastach Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Innym razem, w czasie przemowy w lankijskim Parlamencie w roku 1958, Jogi zademonstrował umiejętność jednoczesnego zatrzymania tętna w jednym ramieniu i dwukrotnego jego przyspieszenia w drugim. Dwaj lekarze, którzy trzymali go za ręce, czuwali nad przebiegiem pokazu i potem zrelacjonowali jego przebieg. Natomiast w roku 1967 Jogi zademonstrował w australijskim laboratorium medycznym bezdech samadhi. Przed wejściem w stan głębokiego transu poprosił, by lekarz nadzorujący pokaz nie podejmował żadnych czynności reanimacyjnych. Jednak człowiek ten, stwierdziwszy, że oddech, tętno i bicie serca ustały, podał Jogiemu zastrzyk z substancji stymulującej pracę serca. Gwałtowny powrót czynności życiowych prawie zabił Jogiego. Po tym incydencie Babadżi upomniał go, by w przyszłości unikał podobnych prezentacji.

Jego największym „siddhi” (nadnaturalną mocą) było chyba jednak niezwykłe oddanie i miłość do Babadżiego. Dawało się to odczuć. Kiedy Jogi wykładał, miało się wrażenie, że to sam wielki Mistrz przez niego przemawia. „Om Krija Babadżi Nama Aum” – potrafił cały dzień mantrować z głębokim oddaniem. Przy okazji wielu tematów często nawiązywał do Babadżiego albo wspominał, że Babadżi coś mu objawił. Babadżi był kwintesencją życia Jogiego, który uczynił go również sednem naszego życia. Jogi dostrzegał Babadżiego w każdej przychodzącej do niego osobie i pracował niestrudzenie, by mu służyć. W czasie zajęć grupowych, indywidualnych spotkań, wykładów oraz gdy organizował ośrodki i aśramy, gdzie mogliśmy spokojnie praktykować krija jogę, jego serce i umysł były skupione na służbie. Jogi był dla nas żywym przykładem tego, jak Babadżi przekazuje swoje nauki. Często mówił, że „Babadżi nie karmi nikogo łyżką”, nie udziela osobistych lekcji, które trzeba wykuć na pamięć, ale każe „samodzielnie znaleźć odpowiedzi” na pojawiające się pytania. Wtedy zrozumieliśmy, że Jogijar nie jest doskonały, co nie zmieniało faktu, że jako starszy uczeń Babadżiego był świetnym przykładem do naśladowania. Tym z nas, którzy mieli poczucie humoru, łatwiej przychodziło zaakceptować jego metody i przygany. Ale nawet kiedy nie rozumieliśmy, dlaczego Jogi postępuje z nami w ten czy inny sposób, wiedzieliśmy, że nas kocha. Czasami zasłona jego surowości opadała i w trakcie połajanki nagle się uśmiechał. Wiedzieliśmy, że gani nas dla efektu, bo dramatyczne sceny wywierały na nas trwalsze wrażenie. Z tego samego powodu – by jego nauki głębiej utkwiły w podświadomości – udzielając osobistych instrukcji przez telefon, zwykle wiele razy powtarzał ten sam przekaz.

Od roku 1954 do chwili obecnej, pod przewodnictwem Babadżiego i z jego inspiracji, Jogi Ramaiah organizuje doroczny Parlament Światowych Religii i Jogi, zazwyczaj odbywający się na przemian w nowym miejscu w Indiach i na Zachodzie. Są to otwarte i bezpłatne dla publiczności dwu- lub trzydniowe konferencje, w czasie których piętnastu do dwudziestu prelegentów reprezentujących różne wyznania opowiada o swojej wierze i praktykach, przekazując słuchaczom wiedzę o własnej religijnej lub ścieżce duchowej. Byli wśród prelegentów fundamentaliści chrześcijańscy, mnisi buddyjscy, rabini, amerykańscy Indianie, jogini i hinduistyczni asceci swami, katoliccy księża, a nawet nauczyciele duchowi z nurtu New Age. Tematem przewodnim jest „jedność w różnorodności”, a Parlament sprawdza się jako potężne antidotum na najpowszechniejszą z duchowych chorób: fanatyzm religijny. Fakt, że wydarzenie to organizowane jest od tak dawna i tak dobrze funkcjonuje, stanowi wyjątkowe osiągnięcie.

Jogi Ramaiah wykazywał również pewną silną cechę charakterystyczną dla rodu Chettiarów, a mianowicie potrzebę budowania sanktuariów. Oprócz wspomnianego wyżej w Kanadukathanie, na początku lat sześćdziesiątych XX wieku Jogi zbudował także kapliczkę Babadżiego w aśramie w San Thome, w 1968 roku kapliczkę jantry (reprezentacja pierwiastka boskiego) na Górze Niedźwiedziej w stanie Nowy Jork, a w 1970 podziemne sanktuarium jantry na górze Shasta. W 1972 roku zbudował świątynię Ayyappa Swami w Imperial Valley w Kalifornii, w 1974 roku – dużą granitową kaplicę w miejscu narodzin Babadżiego w Porto Novo w Tamilnadu; potem, w 1975 roku, postawił dużą kapliczkę tamilskiemu bogu Muruga w Richville, w północnej części stanu Nowy Jork; następnie, w 1977, zbudował kolejne sanktuarium Babadżiego w Waszyngtonie oraz w 1983 roku sanktuarium Boskiej Matki Kali na nowojorskiej wyspie Long Island, które później przeniesiono do Grahamsville w górach Catskills. W 1987 roku zbudował także wielkie i piękne sanktuarium Palaniandavara (Murugi) na szczycie wzgórza w kampusie swojej szkoły w Athanoorze w Tamilnadu. W 1983 roku, w swoim aśramie w miejscowości Yuma w Arizonie, zbudował swoją najważniejszą świątynię. Znajdują się w niej granitowe murti (posągi) osiemnastu siddhów jogi pochodzące z leżącej na południowych obrzeżach  Madrasu miejscowości Mahabalipuram, które Jogi gromadził przez ponad dwanaście lat. Był to jego najambitniejszy projekt budowlany. Mając pełną świadomość, że ten leżący na uskoku tektonicznym obszar nawiedzają trzęsienia ziemi, Jogijar zbudował świątynię na fundamencie z wpuszczonych głęboko w podłoże pali z twardego betonu stosowanego do budowy zapór wodnych. W czasie budowy przez blisko czterdzieści dni prawie wcale nie spał, martwiąc się, czy konstrukcja będzie wolna od wad. Po zakończeniu budowy zorganizowano wielką fetę, a gazety z całej Arizony drukowały długie, opatrzone zdjęciami artykuły poświęcone tej egzotycznej świątyni. Kilka tygodni później Jogi doznał rozległego zawału serca. Mordercza praca w końcu zebrała swoje żniwo. Jogiego przewieziono do szpitala Sinai w zachodnim Los Angeles, gdzie przeszedł operację wszczepienia pięciu bajpasów. Chirurg powiedział nam później, że tętnice Jogiego nie były niedrożne, ale wyjątkowo delikatne.

W czasie rekonwalescencji Jogijar zaczął zmieniać nie tylko własny styl życia, ale także swoją organizację. Ogłosił, że powołuje Zarząd, który po jego śmierci przejmie administrowanie różnymi ośrodkami i aśramami. Pewnej nocy poprosił do siebie autora i w świetle latarni podyktował mu listę warunków, które musiał spełnić, by wziąć na siebie odpowiedzialność za inicjowanie innych w zakresie stu czterdziestu czterech krii. Nigdy wcześniej ani potem Jogi nie prosił nikogo o przejęcie tej odpowiedzialności. Spełnienie warunków zajęło autorowi trzy lata, które wypełnione były intensywną praktyką sadhan oraz innymi rygorystycznymi obowiązkami. Stwierdziwszy, że warunki zostały spełnione, Jogijar poprosił autora, aby ten po prostu „czekał”.

W latach 1980-1981 Jogijar wysłał autora do Indii, a następnie na Sri Lankę. Wykonawszy powierzone mu zadania związane z publikacją pism Boganathara, zachęcony przez Jogiego autor zamieszkał w zacisznym, odosobnionym miejscu na plaży w Dehiwali na południe od Colombo, gdzie miał oddać się spokojnemu życiu. Jako że zajęć było tam niewiele, autor poświęcił cały swój czas intensywnej sadhanie w milczeniu. Pierwsze trzy miesiące były trudne, ponieważ umysł autora nie potrafił rozpłynąć się w czytaniu ani pracy, jednak potem dzień i noc zlały się w jedno, a świadomość autora zaczął przenikać niewypowiedziany spokój. Po jedenastu miesiącach przyjechał Jogi Ramaiah. Autor nie miał ochoty kończyć tapas, ale Jogijar nalegał, by wrócił do Ameryki, ponieważ czeka tam na niego dużo pracy. Ku miłemu zaskoczeniu autora odnaleziony w Dehivali spokój był odtąd zawsze możliwy do przywołania. Za to autor pozostanie dozgonnie wdzięczny. Przed swoim wyjazdem poświęcił Babadżiemu małą kapliczkę (zbudowaną wcześniej w Katigramie, w miejscu, gdzie Babadżi  – pod opieką Boganathara – osiągnął nirvikalpa samadhi [czyli kulminację praktyk jogicznych i realizację ostatecznego celu duchowego]), jak również nowy nadmorski aśram (przy ulicy Peters Lane 59 w Dehiwali, zbudowany z pomocą Murugesu Candaswamy oraz byłego prezesa Sądu Najwyższego dra H.W. Tambiaha, honorowego prezesa naszego lankijskiego Sangamu Jogi Babadżiego).

W 1985 roku autor towarzyszył Jogijarowi w dwutygodniowym objeździe po placówkach medycznych w Chinach Ludowych.  Stanowiliśmy dziwny widok dla Chińczyków, albowiem w owym czasie prawie wszyscy obywatele tego kraju nosili szare „maoistyczne” mundurki. Nasi gospodarze byli tak bardzo nieprzygotowani na wizytę wegetarian, że w czasie pobytu w Państwie Środka trzy razy dziennie jedliśmy sam ryż z łykowatymi brokułami! Tego samego roku, wraz z kilkoma innymi wybitnymi mówcami, Jogijar został poproszony o wygłoszenie prelekcji na temat jogi podczas organizowanej w Wszechindyjskim Instytucie Nauk Medycznych (All India Institute of Medical Sciences) jednodniowej konferencji poświęconej medytacji. Na podeście dla prelegentów stał otoczony przez Jego Świątobliwość Dalajlamę, duchowego nauczyciela Yong Śri Ravi Shankara, sławnego mnicha dżinizmu, oraz ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i przyszłego premiera Niramsinhy Rao. Dalajlama, który przemawiał po angielsku, przerywał przemowę po każdym zdaniu, by spytać swojego asystenta - tłumacza, czy poprawnie sformułował myśl w obcym języku. Było to bardzo ujmujące. Młody Śri Ravi Shankar, wówczas prawie zupełnie nieznany szerszej publiczności, wykorzystał tylko kwadrans z czterdziestu pięciu przysługujących mu minut i ogłosił, że przez szacunek dla Jogiego Ramaiaha odda mu swój pozostały czas. Jogijar mówił długo i elokwentnie o jodze siddhantham i Babadżim oraz o potrzebie zintegrowania naszego życia duchowego przez medytację, którą należy włączać do wszystkich dziedzin życia. Wielkie wrażenie na autorze zrobił Naramsinha Rao, który powiedział, że „codziennie medytuje, ponieważ to pozwala mu brać na siebie coraz większą odpowiedzialność”.

Pod koniec 1985 roku autor zorganizował wyjazd Jogijara z trzydziestoma amerykańskimi uczniami na trwającą czterdzieści osiem (od lutego do kwietnia 1986 r.) pielgrzymkę Maha Kumba Mehla w Hardwarze. Mieszkaliśmy w bungalowie dla turystów nad Gangesem, codziennie ciesząc się obecnością tysięcy sadhu i wiernych, którzy w rekordowej liczbie przybyli na to niezwykłe, największe od sześćdziesięciu lat wydarzenie. Później wszyscy pojechaliśmy do Badrinath, gdzie z radością mogliśmy oddać się sadhanie w świętych miejscach związanych z Babadżim.

W 1986 roku Jogi Ramaiah sprzedał nasze ośrodki w Nowym Jorku i Nowym Orleanie, a za otrzymane kwoty – z pomocą dwóch swoich uczniów, Meenakshisundarana ze Stanów Zjednoczonych i Murugesu Candaswamy ze Sri Lanki, nabył sześciohektarową działkę w Indiach, pięć kilometrów od swej rodzinnej miejscowości Kanadukathan. Jogi zamierzał wznieść tam Szkołę i Szpital Rehabilitacji przez Jogę (Yoga Rehabilitation Hospital and College). Po ceremonii symbolicznego wbicia łopat pod pierwsze dziewięć budynków Jogi pozostawił autorowi nadzór nad budową, by wykonawcy realizowali prace zgodnie z naszymi wymaganiami. Było to trudne i niewdzięczne zadanie. Podczas naszych poprzednich wizyt w Indiach racjonowanie materiałów i biurokracja zawsze utrudniały prowadzenie projektów budowlanych, takich jak na przykład odbudowa aśramów w San Thome i w Kanadukathanie. Najnowszy plac budowy leżał na terenie stepowo-pustynnym, z dala od ludzkich siedzib, a najbliższa woda znajdowała się w odległości ponad kilometra. By móc zmieszać zaprawę cementową, zatrudniliśmy pięćdziesiąt kobiet, które przynosiły wodę w wiadrach niesionych na głowie. Ku zdumieniu autora po dziewięciu miesiącach udało się wznieść dziewięć budynków. Sam minister przemysłu stanu Tamilnadu przybył, by otworzyć kompleks. Po kilku miesiącach autor wrócił do Kanady i złożył wniosek do Kanadyjskiej Agencji ds. Rozwoju Międzynarodowego (Canadian Agency for International Development) o dotację na nowy ośrodek rehabilitacyjny w Indiach. Kanadyjski rząd wysłał do Indii swojego urzędnika, który sporządził raport. Chociaż budynki były piękne i dobrze wyposażone (mieliśmy nawet ambulans!), w raporcie stwierdzono, że w ośrodku brakuje administracji, w związku z czym wniosek o dotację został odrzucony. Autor zaczął zastanawiać się, że być może największą przeszkodą była niechęć Jogijara do delegowania zadań i jego potrzeba kontrolowania wszystkiego. Jeszcze przed postawieniem kompleksu autor i inni uczniowie prosili Jogijara, by nie budować tak daleko od świata. Czuliśmy, że ośrodek najlepiej służyłby naszym celom, gdyby powstał blisko zamieszkanych terenów. Jednak Jogijar był nieugięty. Kazał zbudować ośrodek w pobliżu Kanadukathany, ponieważ – jak wspomniał – musi coś udowodnić swojej rodzinie. Wtedy rodzinna karma wciąż jeszcze powracała do niego, ale kilka lat później rodzina przyjęła Jogijara z powrotem na swoje łono. Najbliżsi zaprosili go na uroczystości i do Ananda Vilas, gdzie pozwolono mu zająć ten sam pokój, w którym się urodził.

Niektórzy mogą zastanawiać się, dlaczego, okazawszy tak wiele łaski swoim bliskim uczniom – V.T. Neelakantanowi i Jogiemu Ramaiahowi – Babadżi pozwolił potem, by ich piętnastoletnia przyjaźń się rozpadła, a losy Jogiego Ramaiaha potoczyły się tak, a nie inaczej. Najwyraźniej nie wiedzą, że nawet Babadżi pozwala tym, którzy są blisko niego, uczyć się na własnych błędach i pracować nad swoimi karmicznymi tendencjami. Uczniowie Babadżiego nie są przecież robotami, którym satguru po prostu usuwa samskary jak niepotrzebne pliki i „instaluje” oświecenie. Romantyczne, uładzone autobiografie i biografie pisane przez wielbicieli zazwyczaj pomijają wzmianki o ludzkich cechach bohatera, jeżeli można by je uznać za wady, ale takie „relacje” wyrządzają więcej szkody, niż pożytku. Dają nam fałszywe, romantyczne wyobrażenie, w którym duchowa ścieżka jest wypełniona cudami, oświecenie po prostu otrzymuje się od guru, a ludzka natura nie broni się zaciekle przez naszymi dążeniami do świętości. Dlatego też, pisząc ten tekst, autor starał się unikać upiększania prawdy i opowiedzieć o tym, co w życiorysie Jogiego Ramaiaha jest ludzkie, enigmatyczne i problematyczne, unikając przy tym oceniania jego motywacji. W ostatnich latach pojawili krytycy, którzy – nie znając go osobiście, nie znając szczegółów z jego życia ani trudności, z którymi się zmagał – kwestionowali postawę Jogiego. Mam nadzieję, że ta relacja skłoni ich do głębszej refleksji nad własną ludzką naturą, zanim „rzucą kamieniem” w innych. Niech życie i przykład Jogiego Ramaiaha będą lekcją dla nas wszystkich.

Copyright: Styczeń 2005, M. Govindan. Wszelkie prawa zastrzeżone.


AKTUALNOŚCI




PIERWSZA INICJACJA DO KRIJI JOGI

Termin: 31 października - 3 listopada 2019
Nauczyciel: Satyananda

M.G. Satchidananda receives Patanjali Award for 2014

Miejsce: "Bajkowa Zagroda"
ul. Zalesie 13,
Łąki Radzymińskie,
05-250 Radzymin
http://www.bajkowazagroda.pl

Pobierz ulotkę informacyjną tutaj

Skontaktuj się z nami ws. szczegółów seminarium i rejestracji wysyłając email na adres: Tomasz


ANGLIA / WIELKA BRYTANIA

Poprowadzi: Satyananda
e-mail Satyananda
z Niemiec


(Pobierz formularz rejestracyjny w języku angielskim)

Londyn: 21-23 czerwca 2019    
(Download pdf program)     

Miejsce: The Theosophical Society
50 Gloucester Place,
London W1U 8EA

Plan zajęć: Piątek 10.30 - 18.30; Sobota & Niedziela 8.30 - 18:00
Sugerowany datek finansowy: £300 (£150 dla osób wcześniej inicjowanych)

Kontakt: Marina Kapur, Londyn





M.G. Satchidananda receives Patanjali Award for 2014

MG Satchidananda otrzymuje nagrodę Patanjali za rok 2014 przyznawaną przez Yoga Alliance International / International Yoga Federation.

Szczegółowe informacje tutaj


Zakon buduje szkołę w pobliżu Rudraprayag.

Szczegółowe informacje tutaj


Pierwsze spotkanie człowieka z Tajemnicą Boga wypełnia się poprzez Ciszę. Skosztuj nektaru Ciszy.

Ściągnij

 

© 1995 - 2019 · Babaji's Kriya Yoga and Publications · Wszelkie prawa zastrzeżone. Fraza  „Babaji's Kriya Yoga" jest zarejestrowanym znakiem usługowym.